Czy zapisywać dziecko na zajęcia z edukacji finansowej?

zajęcia z edukacji finansowej

Gdy zaczynam pisać ten tekst, był początek września. Razem z początkiem roku szkolnego, równolegle pojawiały się oferty firm zachęcające do zapisywania się na karate, zajęcia z programowania, języki obce czy zajęcia edukacji finansowej.

Inspiracją do tego tekstu było zdanie z reklamy tych ostatnich i moja niezgoda na przesłanie, które dawały.
Poszło o taki fragment.

“Kształcimy w dzieciach spojrzenie na świat w typie Małego Milionera, by nigdy nie musiały liczyć na innych, lecz na siebie i swoje umiejętności.”

Gdy już trochę opadły mi emocje, postanowiłam napisać coś więcej o swoich przemyśleniach dotyczących tego hasła.

Czy i po co zapisywać dziecko na zajęcia z edukacji finansowej?

Wiele dzieci korzysta z zajęć pozaszkolnych, bo szkoła “To za mało”.Bo sama szkoła nie wystarczy, jeśli chce się dziecku zapewnić dobry start w życiu.
W przypadku edukacji finansowej powstać może inna wątpliwość.
Szkoła przecież nie uczy o pieniądzach, a to potrzebne. Trzeba dzieci w tym edukować!
W szkole polskiej faktycznie istnieje luka w tym obszarze. Dzieci w przedszkolu i pierwszej klasie uczą się rozpoznawać pieniądze, mogą odbyć nawet wycieczkę do sklepu.
Potem jest długo, długo nic. Potem nastoletnie dzieci uczą się przedsiębiorczości.
I tyle.
I coraz częściej tę lukę chcą wypełniać prywatne placówki.
I nie ma w tym nic złego. Zastanawiam się natomiast, jak zorganizowane są takie zajęcia i co właściwie chcą przekazać organizatorzy. I czego dzieci potrzebują dowiedzieć się o pieniądzach?
Tu znowu warto zastanowić się, jakie założenia są w naszej głowie, gdy myślimy o pieniądzach.

A przekonania z nimi związane wcale nie dotyczą tylko zagadnień handlu, wyboru konta czy spółki na giełdzie do inwestowania.

To bardzo często przekonania dotyczące natury ludzkiej, tego jacy jesteśmy, jacy “powinniśmy” być.
Jak, np.

Pieniądze szczęścia nie dają.

Bogaci są chciwi i mało wrażliwi na ludzką krzywdę, myślą tylko o sobie.

Gdyby wziął się do pracy, to by nie był taki biedny.

Te przekonania będą samospełniającymi się przepowiedniami, jeśli będziemy w nie wierzyć. Gdy uznamy, że pieniądze mają dodatkową moc – dają władzę, przywileje, siłę, uznanie, poczucie własnej wartości, samowystarczalność, niezależność od innych.
I dlatego tak poruszyło mnie to zdanie o nie o liczeniu na innych. Jakby najwyższą wartością było samodzielna, prawie samotna egzystencja. W której proszenie o pomoc jest wyrazem słabości, a nie znajomości siebie. A kto nie pracuje, tylko korzysta z pomocy innych, jest leniwy, niewydolny, obciąża innych, a nawet wykorzystuje.
Co prawda dalej w reklamie była mowa o wspieraniu współpracy.
Dla mnie zaczyna ona się jednak już na poziomie założeń i przekonań o zależności, współzależności i niezależności.
Dominuje w naszej kulturze taka wizja człowieka- bytu indywidualnego, logicznego, racjonalnego, który kieruje się raczej swoim osobistym zyskiem. To taka wizja homo economicusa, pokłosie oświeceniowego zachwytu rozumem, nauką. Mało w niej miejsca na relacje, jeśli jest, to są one raczej traktowane w kategoriach użyteczności, przydatności osobistym interesom.
Prawda jest taka, że gdyby nie relacje społeczne, wzajemne zaufanie, powiązania, pomaganie sobie to nie poradzilibyśmy sobie. Ani jako gatunek w przeszłości ani teraz. Jesteśmy od siebie współzależni i to nam służy, to nas wspiera, to nam pomaga w życiu radzić sobie z wyzwaniami. Bo naprawdę z wieloma sytuacjami jest niemożliwe dać sobie radę w pojedynkę.
Dlatego uczenie dzieci, by były przekonane, że bez umiejętności proszenia o pomoc, założenia że prośby o wsparcie są czymś niestosownym, jest raczej utrudnieniem ich rozwoju niż jego wspieraniem.
Upośledza i obdziera z ważnej umiejętności – pokory, świadomości, gdzie jest moja sfera wpływu, co leży w zakresie moich możliwości, a kiedy skorzystać z pomocy.
To ważne, by jednocześnie mieć zaufanie do siebie i innych, znać swoje umiejętności i liczyć na siebie i liczyć na pomoc osób bliskich, odpowiednich instytucji.
To ważne, by dawać sobie prawo do liczenia na innych. Widzieć siebie jako część grupy, społeczności, która nawzajem się wspiera i pomaga. To wsparcie nie jest też dawane, gdy już się jest pod ścianą, gdy już totalnie wyczerpały się swoje możliwości. To wsparcie innych jest potrzebne od razu, by się wzmocnić i szukać w sobie swoich pomysłów, rozwiązań odpowiednich dla mnie. Dlatego dbanie o siebie, o swoje interesy to zadbanie przede wszystkim o osobistą sieć wsparcia. Dlatego liczenie na siebie i liczenie na innych nie wyklucza się, tylko uzupełnia.
To wiedzą kultury wschodnie. I tam podejście do pieniędzy, produktów finansowych się różni od przekonań kultury zachodniej, w której pożądana wartością jest raczej indywidualizm, samowystarczalność, niezależność, gdzie korzystanie z pomocy staje się raczej ostatecznością niż normą.

Uważam, że warto rozmawiać z dziećmi o pieniądzach. Warto uczyć je umiejętności związanych z posługiwanie się nimi. Ale nie tylko tego, jak oszczędzać, jak nie wydawać.

Bo wiele trudności w zarządzaniu pieniędzmi nie bierze się z niewiedzy ekonomicznej. Ale z niewiedzy o sobie, własnych przekonań finansowych, tego z czym wiąże się pieniądze, jakie nadaje się im znaczenie.
Jeśli mamy w głowie, że pieniądze są sposobem na bezpieczeństwo, niezależność, władzę – to dajemy pieniądzom znacznie szersze uprawnienia niż sami to przyznajemy. I możemy chcieć ich więcej, nie tylko dlatego że dają bogactwo. Ale stają się sposobem na poczucie własnej wartości, siły, na spokój.
Niestety, jest to sposób krótkotrwały. I długofalowo wcale nie spełniający tej roli.
Dlatego warto rozwijać przekonanie o liczeniu na innych, że nie strach prosić o pomoc, że potrzebujemy wsparcia jak tlenu do oddychania. Że nie tylko warto dawać pomoc, ale także ją otrzymywać.
Pieniądze potrafią ułatwiać życie, dają dostęp do wieku zasobów.
Nie blokujmy jednak możliwości dzieci przez niewspierające myśli i założenia, że liczy się samodzielność, niezależność, samowystarczalność.

Czy jestem w takim razie przeciwna zapisywaniu dzieciom na zajęcia z edukacji finansowej?

To zależy. Od tego, jak skonstruowany jest program, jakie związane są z nim założenia.
Warto też przede wszystkim sprawdzić z dzieckiem, czy ono chce się dowiedzieć czegoś więcej, czy ma możliwość wyboru i decydowania o sposobie uczestnictwa w takich zajęciach.

A gdy nie nie chce ono chodzić na takie zajęcia?

To wcale nie oznacza, że niczego się o finansach nie nauczy.

Twoje dziecko już od dawna uczestniczy w kursie zaradności finansowej

Którego ty jako rodzic jesteś nauczycielem.
Możliwe, że nawet mocno wykraczasz poza program nauki oszczędzania i rozsądnego wydawania. I dajesz dużo praktyki i wzoru do naśladowania. Bo pokazujesz jak można z innymi rozmawiać o pieniądzach. Jak można o nich decydować i że są różne opcje na osiągnięcie tego, czego się chce.
Dodatkowo, twoje dziecko uczy się wielu umiejętności, po prostu bawiąc się, sprawdzając, działając.
I bardzo prawdopodobne, że wie ono więcej (i inaczej) o pieniądzach i finansach niż Ci się wydaje.
Ten post chce zakończyć stwierdzeniem.
Warto zastanowić się, co chcemy dać dzieciom i dlaczego. Poświęcić chwilę na zastanowienie się na czym nam, jako rodzicom zależy. I czy może już im tego nie oferujemy.

Do stworzenia obrazka wykorzystałam to zdjęcie
Background photo created by kstudio – www.freepik.com

Facebook
Facebook
YouTube
Linkedln
INSTAGRAM

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *